...in my mind's eyes...
fuck off >> piątek, 23 stycznia 2009 12:33:16 ja decyduje kiedy porzucam, nie mylog! komentarze [1]
... o górkach i dolinkach ... >> czwartek, 6 listopada 2008 22:39:27
Nie wiem jak to jest, ale ile razy nie czytam własnych notek, chce mi się śmiać. Płakać tylko czasem. Innym znowu razem pukam się w czoło i mam ochotę niektóre wywalić. Ale co to, to nie. Skoro kiedyś byłam w nastroju, żeby to napisać, tak ma zostać.
SZUM.
Szum w głowie... znów, wciąż i stale.
W zasadzie nie mam weny na notkę... nie miałam jej z resztą od tak dawna, że chyba powinnam zamknąć bloga, ale chyba duma mi nie pozwala :) Wciąż lubię utrzymywać, że walczę z niesystematycznością.
Aktualnie tkwię zawieszona gdzieś pomiędzy teoriami socjologicznymi, dziewiętnastowiecznym humorem pana Jerome, wściekłością na korki w Warszawie i co poniektórych studentów ASP, nagminnym zapominalstwem, magicznymi chwilami ratującymi mi życie*, gryzieniem się w język i głośnymi skargami, wręcz permanentnym niedoczasem... A w dodatku raz po raz dostaję po tyłku za chęć bycia człowiekiem... ale o tym może innym razem.
*Impreza pracownicza na okoliczność Halloween w mojej kawiarni dała mi okazję do zrewidowania poglądów, lepszego poznania kilku osób, nabrania poczucia, że są tam ludzie, którzy dobrze mnie rozumieją...
Ale, nie uprzedzajmy biegu wypadków (a raczej rozwoju toku myślenia):)
Dwa czy trzy dni później nadszedł sądny dzień. OD RANA ŹLE. Czasem po prostu tak bywa, że woda gotuje się dwa razy dłużej, ucieka ci metro, dzwoni HiperTatuś i masz ochotę rzucić telefonem o ścianę, i mimo, że uśmiechem witasz wszystkich w pracy, znajduje się kilka osób, które postanawiają- od tak sobie- na ciebie nawarczeć, tak, że masz ochotę rzucić nożem w następną osobę która zbliży się do kasy. Koleżanka zastępuje cię, żebyś odreagowała i w zamian za to parzysz się o piec. Usiąść i zawyć, ale co to da? Ktoś jednak częstuje cię dobrym słowem, pełnym otuchy... i mimo, że reszta dnia nie maluje się kolorowo, stoisz w korku by wrócić do domu, mimo że marzniesz, mimo, że kończy się twoja ulubiona herbata, robi się lżej.
A potem włączasz komputer i na skrzynce znajdujesz maila od szefa. Przesłał zdjęcia z halloween, jak obiecał. I nagle się uśmiechasz. Bo przecież nie cały świat jest przeciwko tobie, to tylko ta durna pogoda, czy mało snu. Jutro wstanie słońce... A dookoła są tacy ludzie- wiatry, co o dobroć nie trzeba ich prosić... Trzeba było po prostu zdać sobie sprawę z ich istnienia...
Naprawdę, uratowaliście mnie wtedy, kochani :) W jakiś niepojęty, acz oczywisty sposób wyszło się ze spadku formy.
Później, nawet cytat się znalazło. Taki żywiołkowy...
„Żadna noc nie może być aż tak czarna,
żeby nigdzie nie można było odszukać choć jednej gwiazdy.
Pustynia też nie może być aż tak beznadziejna,
żeby nie można było odkryć oazy.
Pogódź się z życiem, takim jakie ono jest.
Zawsze gdzieś czeka jakaś mała radość.
Istnieją kwiaty, które kwitną nawet w zimie.”
Tak, martyn, nie masz weny, wcale, a notka sama się napisała...
komentarze [4]
nie porzuciłam bloga >> poniedziałek, 1 września 2008 19:29:22 i niech mnie mylog nie wkurza! Na okrągło przerwy techniczne a teraz jeszcze za mnie będą decydować kiedy własneg o bloga porzucam, pfff.... komentarze [3]
...o przerażeniu... >> poniedziałek, 16 czerwca 2008 13:58:22
Robię to całkowicie świadomie, ale jestem bardzo rozgoryczona. Zaczynam temat- rzekę:
Zawsze uważałam się za osobę tolerancyjną.
Startując z pozycji rodzinnego buntownika, czy też może czasem nawet dziwaka, rozwijałam swój światopogląd uważnie rozglądając się wokół. A trzeba przyznać, że zawsze było komu się przyglądać, jako że rodzina ze strony mamy - z którą się z resztą utożsamiam- to w znamienitej większości inteligencki zbiór żywiołowych osobowości.
Miałam epizod "metalowy", glany, naszywki i Marilyna Mansona, był rodzinny kryzys, czas nieustającego Weltschmerzu (tylko wtedy nie mówiło się na to EMO), było warczenie na cały świat, potem utonęłam gdzieś w fantastyce, RPG, muzyce, był kryzys wiary, wszelkich wartości i gdzieś w międzyczasie osiem kolczyków. Ot- tak. I nikt nie próbował mnie na siłę zmienić. Dopiero teraz patrząc na to wszystko, widzę, że tolerancja musiała stać się dla mnie czymś oczywistym.
Nikt chyba nie lubi, gdy wchodzi się z butami na jego decyzje i jego sposób życia, prawda? "To moja sprawa"- chciałoby sie powiedzieć, czy nie?
I ja się z tym zgadzam. To jego sprawa jaką ma orientację, jej sprawa w co lub Kogo wierzy, moja sprawa co myślę o zakłamanej instytucji kościoła. Za bycie dobrym człowiekiem nikt nie strąci mnie w otchłań piekieł, nie ważne co też tam będzie po drugiej stronie.
Ale takie "róbta co chceta" nie jest w żadnym stopniu definicją tolerancji. Nie wystarczy powiedzieć: "no niech ci będzie, egzystuj sobie gzieś obok i najlepiej nie zbliżaj się do mnie ze swoimi dziwactwami". Mieliście WOS, prawda? Wiecie co to jest tolerancja bierna? Tolerancja bierna nie jest żadną tolerancją i wiecie, że musicie przyznać mi w tym miejscu rację.
Właściwie siedzę teraz przed klawiaturą ze ściśniętym gardłem. Dopiero co przeprowadziłam z bratem wyniszczającą i przerażajacą dyskusję. Właściwie, przejęłam pałeczkę konwersacji od mamy, która i tak musiała wyjść do pracy i niestety muszę oświadczyć, że jeżeli cokolwiek jest tu do leczenia, to na pewno jest to głupota mojego własnego brata.
Fanatyzm nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. A homofobii niczym innym jak właśnie fanatyzmem nazwać nie umiem.
Dziwacznym, narosłym na podstawie niewiedzy, płytkich stereotypów i sloganowych hasełek CZYMŚ, bo nawet nie poglądem.
Wszystkie moje argumenty rozbijały się o mur stwierdzenia powtarzanego jak mantrę "chore tkanki leczy się albo usuwa".
Zmusiłam go, żeby powiedział, co by zrobił, gdybym oświadczyła, że jestem lesbijką. Kręcił się i wiercił, ale oczy miałam już zwężone w cieniutkie kreseczki i musiał odpowiedzieć. Przyznał, że odciąłby, albo conajmniej ograniczył kontakty. Ponadto oświadczył, że nie przyjechał by na wspólne święta, nie podał ręki. Najchętniej to w ogóle wysłałby ICH wszystkich ("niech chociaż mają odwagę się przyznać, a nie tak") na jakąś wyspę, niech sobie żyją z daleka. Na ironiczne pytanie co by zrobił z tymi, którzy dopiero się urodzą, stwierdził, że wywoziłby jak tylko się określą.
Dopiero co napisałam maturę z historii. Miałam ochotę trzasnąć go w twarz. Ty pieprzony idioto... oznaczyć, zaszczuć, zamknąć, całkiem odizolować, wygnać albo i powybijać, tak? Pamiętasz w ogóle gdzie zginął nasz pradziadek?! To miejsce nazywało się "obozem zagłady" i powstało dzięki rozwinięciu podobnych myśli. I nie, to NIE JEST przesadzony przykład.
Dygotałam z wściekłości. Po prostu nie mogę tego pojąć, jak to jest w ogóle możliwe, że dorastając tak blisko, czerpiąc po części z tych samych wzorców tak dalece od siebie odbiegliśmy...
Nie chodzi nawet o to, że mam przyjemność znać kilku homoseksualistów (bo co to ma za znaczenie cholera, że nimi są?!). Rzecz nie w tym, że uważam ich za fantastycznych ludzi. Jacykolwiek by nie byli, wciąż pozostają ludźmi, prawda? Ich wiedza i kompetencje nie zmieniają się w zależności od tego w kim widzą atrakcyjność seksualną.
Z westchnięciem kręcę głową, daleko nam jeszcze do zachodniej Europy, daleko.
Zawsze uważałam się za osobę tolerancyjną.
Ale dzisiaj muszę zrewidować ten pogląd. Nie toleruję i nigdy nie będę tolerowała ludzkiej głupoty.
komentarze [8]
... o bohaterze w tym samym rozmiarze... >> środa, 16 kwietnia 2008 01:24:41
Pod wpływem chwili (tak, uwielbiam znajdować sobie do roboty takie pierdoły o pierwszej w nocy, gdy rano muszę wstać- i jeszcze o tym na blogu pisać) wypełniłam sobie kwestionariusz Prousta (dostępny w "o mnie" i tutaj).
Po pierwsze ucieszyłam się niezmiernie, że wreszcie mogę gdzieś zaznaczyć jak wielką awersją darzę gołębie, potem zaś wgapiłam się w punkt o bohaterach życia codziennego...
Odpowiedź przychodzi natychmiast- mama. Moja mama, mój wzór, mój mur obronny, najsilniejsza osoba jaką znam, która właśnie tej siły próbowała mnie nauczyć przez kilka tych ciężkich lat. Wiecznie zabiegana, pogrążona w stosie klasówek do sprawdzenia, uszczypliwa, uśmiechnięta, otwarta i wiecznie na czasie... Tolerancyjna. I tak było odkąd pamiętam, na wakacje- z mamą, do babci- z mamą, na zebranie- mama, pocztówki z obozów- do mamy, muzyka- zaszczepiona od mamy (nie jakieś tam smęty! od mamy wziął mi się chociażby King Crimson, Ozzy i Jimi Hendrix XD), ciuchy- doradzane przez mamę i płacz- w ramię mamy. Dwadzieścia lat zawsze obok mnie. Nie umiem chyba nawet dostatecznie oddać tego, jak bardzo jest dla mnie ważna i jak wyjątkowa w moich oczach...
I w takich okolicznościach pojawia się "smoła mojego dziecięcego pamiętnika"- ojciec próbujący kupić sobie dwudziestoletnią córkę. Dobre, nie?
Jest w niej nieskończona energia, wrażliwość ale i spokój... a z drugiej strony ukryta nienawiść i żal... Widzę to, ale nic nie poradzę. Obie nas zżera i obie musimy zrobić krok dalej. Teraz tak samo pozytywnie-złośliwe i chyba tak samo zmęczone... I obydwie choleryczki.
Taka mama Ula : )
Znajomi zazdroszczą mi Ciebie, wiesz TY w ogóle? Może i wiesz. Wiesz w końcu wiele rzeczy... nawet jeśli nie wspominałam o nich słowem... Zupełnie, jakbym miała je na czole.
I chyba całe szczęście, że nigdy tu nie zaglądasz... jeszcze byś mi się w komplementach rozpłynęła :P
Wie, że ją kocham.
Ale nigdy nie pojmę jak to jest, że zawsze rano podbiera mi akurat ten ciuch, który chciałam założyć...
Mój bohater w rozmiarze 38 :)
komentarze [16]
...o domu wielkich ludzi... >> wtorek, 8 kwietnia 2008 00:28:15
Stałam sobie przed chwilą na podwórku pod tęczowym parasolem (którego mi wreszcie przysłali- w sam raz, bo leje w Warszawie, oj, leje), czekałam aż pies obwącha sobie wszystko co tam ma do obwąchania na betonowym niskim murku wokół naszej starej piaskownicy. Gapiłam się od niechcenia na blok wyciągający bure cielsko w niebo, to szare bloczyszcze co wiecznie mi zasłania widok z okna (choć jego mieszkańcy zapewne to samo myślą o moim - identycznym jedenastopiętrowcu). W większości okien pogaszono już światła, widać było tylko niebieskawą poświatę telewizorów i w którymś momencie uderzyło mnie w oczy, że w czterech, czy pięciu ciemnych oknach, rozrzuconych po całym bloku, na różnych piętrach, niebieskawe światło mryga w doskonałej koordynacji. Państwo oglądają po prostu ten sam film i tak zwyczajnie mija im czas. Eh, Życie, Życie...
Taka drobnostka, ale zmusiła mnie do uśmiechu- ot, takie małe odkrycie mojego małego świata- wcześniej przecież nie zwracałam na to uwagi...
Na dobrą sprawę, na wiele rzeczy nie zwraca się na co dzień uwagi... i wcale nie jest mi z tym do śmiechu...
Chwilę myślę nad tym co chcę napisać, kilka razy już się do tego zabierałam, wiec chyba już czas...
Kilka tygodni temu w bloku obok ktoś wybił szybę na piątym piętrze, potem ten ktoś wyszedł na parapet i skoczył... czyjeś już tylko ciało przykryli kocem, czyjeś ciało zabrała karetka.
Tak przeraźliwie bezosobowo... A następnego dnia okno wstawili już nowe... Koszmarnie bezosobowo...
Ale przecież mieszkając na osiedlu pięciu identycznych bloków, gdzie w każdym, w stu dwudziestu mieszkaniach rezyduje co najmniej trzy razy tyle ludzi, nie sposób ich wszystkich dostrzec... Nie sposób znać.
Czasem wydaje mi się, że stworzył je jakiś okrutny człowiek, któremu głęboko ze skórę zaleźli wszyscy którzy, którzy starają się być i wciąż na nowo chcą stawać się dobrymi ludźmi... Którzy nie są obojętni. Cios, sztyletem pod żebra.
Przypomniał mi się wiersz Wisławy Szymborskiej- Dom wielkiego człowieka. Pamiętam, że gdy czytałam go we własnym arkuszu maturalnym, miałam gęsią skórkę. W głowie zaś utkwiło to jedno zdanie: "okno, skąd lepiej widzi się chmury niż ludzi". Arcy-adekwatne. Teraz i na wieki blokowego "niech się stanie".
Może to głupie, ale lubię myśleć o sobie jak o początkującym Wojowniku Światła... Tym opisanym przez Paulo Coelho. Co wiele jeszcze razy się potknie, ale nie zawróci. Bo gdy w końcu udało mi sie uporać ze sobą i własną sytuacją i gdy oczy otworzyły się z całą jaskrawością na świat dookoła, zabolało to co się czasem widzi. Nie Weltschmerzem zabolało, bo to coś zupełnie innego. Mnie nie boli świat... Nawet nie ludzie, choć przydało by im się czasami strzelić moralny policzek i wrzasnąć: "co robisz?!".
Bolą mnie te cholerne trzydziesto-sześcio metrowe mieszkania poupychane jedne koło drugiego, że mszy można w niedzielę razem z sąsiadką posłuchać przez ścianę, gdzie nie ma czym odetchnąć, wszytko szumi i gdzie nie ma miejsca na wielkość...
Wiecie? Wyjdę kiedyś na dach. Na sam dach i położę się z rękami pod głową.
Dziwny nastrój dopadł mnie dzisiaj... dziwny wieczór przyniósł go ze sobą... Nastrój i te wielokropki. Mało spałam, jutro będzie lepszy dzień...
komentarze [4]
... o cotrzymiesięcznych rutynach ... >> niedziela, 30 marca 2008 22:01:47
Nie, jeszcze blogowo nie "umarłam", ale moja wena do pisania- owszem... Z czystej przyzwoitości podzielę się odrobiną warszawskiego, wiosennego ciepełka.
Nie lubię pisać sprawozdań- tak robiło się w podstawówce na pracę domową z polskiego (i chyba nigdy też nie zrozumiem takich blogów: "wstałam, zjadłam, podrapałam się, muszę uciekać"), ale na potrzeby rozwinięcia tematu muszę tu wpleść choć odrobinkę.
Piątek, godzina poranna. Zwlec się z łóżka o 7mej, po 5ciu godzinach snu to dla mnie wyczyn- rodzinny śpioch już to do siebie ma.
POŻYWNE śniadanie w praktyce wepchnięte w siebie z musu (bo zwyczajowo nie jadam rano), duży kubek herbaty wlany do gardła i półtora litrowa butelka wody do wypicia w drodze... i wmuszanie w siebie każdego kolejnego łyka.
Tramwaj- zatłoczony o-czy-wiś-cie - narasta złość. A do tego pan obok nie pamięta gdzie podział swój dezodorant albo i mydło, telefon się rozładował a motorniczy strasznie szarpie, grrr... Dwa przystanki od celu jak zawsze łapie mnie zwykłe a'la tremowe ssanie w żołądku. Najchętniej by się teraz zawróciło. Ale zawsze dwa przystanki przed, przy tej fali motylków wolałoby się wrócić. Ale jak zawsze się nie wraca. Poczucie obowiązku nie pozwala.
Przystanek, wysiadka, marsz przez ulicę, szybki rajd do wnętrza szpitala MSWiA- molocha rozkraczonego gdzieś przy Wołoskiej. Długi korytarz, schody w górę, znów długi korytarz, nawrót, korytarz i schody w dół. Klamka. Skrzypnięcie. Głośne uśmiechnięte "Dzień dobry". I z tym pryska zły nastrój.
Ankieta, PESEL, dowód, legitymacja krwiodawcy, badanie, wyniki, wywiad lekarski, "do zobaczenia za pół litra krwi mniej", fotel, kilka żarcików z pielęgniarkami, duża igła, plasterek, potem jeszcze tylko cztery minutki ściskania uśmiechniętej gąbczastej kropelki, osiem czekolad i wpis do książeczki. A po tym już tylko i wyłącznie szeroki uśmiech do końca dnia. I zielono-fioletowo-żółty siniak przez tydzień na dumnej z siebie łapie.
O oddawaniu krwi myślałam od ładnych kilku lat. Następnego dnia po odebraniu dowodu z poczuciem, że robię coś wyjątkowego, jechałam do szpitala. Przebierałam nogami, bo to było dla mnie TAKIE ważne. Z myślą, że nie można żyć tylko dla siebie, z uśmiechem na ustach, piosenką w słuchawkach, dobrymi myślami, bo...
... był taki czas w moim życiu kiedy wszystko malowało się w ciemnych barwach. Nie chciało się żyć, problemy dorosłych przerosły i przytłoczyły młodego człowieka. Ciężko było wtedy pojąć, że jest się mniej ważnym od butelki. Pamiętnik z tego okresu zdaje się być ciężki jak smoła... i przypuszczam, że równie dobrze kiedyś się spali w kominku ciepłego domu jaki zbuduję.
Teraz mam w sobie dużo kolorów i dużo siły. Skubana, zaczęła sie pojawiać stopniowo. Od małego ziarenka do muru wewnątrz za którym można się schować i nie dać więcej zranić. Noszę uśmiech w kieszeni razem z papierkami po gumie, chowam pod tęczowym parasolem, zbieram jesienią liście, gapię w niebo i tęsknię do Bieszczad. I kręcę głową, eh, Życie, Życie, dokąd tak pędzisz?
Zwolnij, nie wszyscy nadążają!
Czasem takim "zagubionym" pomoże zwykła rozmowa... czyjaś bliskość ot-tak... a czasem potrzeba będzie kilku litrów krwi.
Patrzę na swoje dłonie- i co ja mogę? Chociaż tyle. Oddaję krew od dwóch lat tak często jak się da i za każdym razem patrząc jak płynie przez rurkę, powtarzam jej: "Pomóż komuś, przekaż trochę siły, pomóż komuś, pomóż... Rzadka grupa, niech się przyda".
Wiecie? Byłam znów tuż przed świętami, wciąż mam koszmarnego siniaka... I jak zwykle okropnie mnie to cieszy... : )
B rh - ; 1310 ml
komentarze [2]
... o magii zwanej także bałaganem ... >> poniedziałek, 3 marca 2008 23:02:00
Znalazłam dziś w szufladzie moją magiczną kulkę z dzieciństwa. Odnajduję ją sobie co jakiś czas a potem znów magicznie gubię w wiecznym nieładzie mojej szuflady... To tylko szklana kuleczka, mniej więcej trzy centymetrowa, błękitna. Z zatopionymi w środku bąbelkami powietrza. Zawsze lubiłam sobie wyobrażać, że układają się w podwodny zamek syrenki (kiedy byłam mała, uwielbiałam oglądać "Małą syrenkę")
Ale.
Piszę o tym, bo moja własna szuflada mnie przeraża... ile razy bym nie zrobiła porządku... ilu przegródek sobie nie zamontowała... ile raz nie sortowała, przekładała, wywalała...
TAM. ZAWSZE. JEST. PIERDZIELNIK.
I tak sobie myślę, że za co tylko się nie zabiorę, ogarnia to taki... nieład. Czasem w nawet bardzo przyzwoitym znaczeniu. W torbie mam zawsze bałagan, w szafie króluje chaos (a i tak magicznie zawsze wszystko znajduję), nawet pod czaszką rzadko kiedy wrzawa spokojnieje...
Gdyby mi tam zajrzeć, trudno pewnie byłoby się połapać... Siedziałby taki krasnoludek w glanach, mundurze, pod tęczowym parasolem, z gitarą, jedną ręką kręcąc POIką, drugą żonglując, stopą trzymając ołówek i cośtam marząc, z oczami utkwionymi gdzieś na niebie, z uśmiechem zakochanego głupa na twarzy... A potem PYK, rozdwoiłby się... Jedną ręką do komputera, drugą do książki historii, PYK, śpiewający, popijający kawę, PYK, PYK, idący na oddawanie krwi, ze znaczkiem AntiWar, PYK, PYK, PYK, PYK...
Dom wariatów... i tak w koło Macieju.
Mimo, że dopadł mnie atak zatok, idzie wiosna. Słońce! Codziennie jest słońce! A mnie słońce zawsze skutecznie motywuje i rozwesela... Aż chce się śpiewać na ulicy... I roznosić uśmiech... Eh, Życie, Życie... Magia!
"If everyone's a casualty
Then take your time there ain't no trouble
If the weather's fine and we're feeling crazy
There's always drinks and dancing in the rubble
I'm spinning and you're spinning
And the world's spinning and we're laughing
And I'm charming, the devil's charming
And we're ruined but we're building
And I'm selling and you're counting
The world's stopping but we keep going
And we're ruthless and we're cunning
And I'm heir to it all
Hey, avalanche start inside of me,
Hey, avalanche, down through the trees"
Matthew Good - Avalanche
komentarze [2]
... o bańkach mydlanych i przepastności torby bałaganiarza... >> czwartek, 21 lutego 2008 01:00:23
No i zżarło mi długaśną już notkę,
Ale! Wczoraj było prze-pię-kne słońce!
TADAM!!
I tym optymistycznym akcentem (tak, bardzo optymistyczny po utracie już napisanej notki, aaarrgh!) zaczynam zaległą notkę.
Dopadły mnie pierwsze symptomy nadchodzącej wiosny (co z tego, że zima wróci jeszcze ze trzy razy- było pięknie, choć przez chwilę!!). Pierwsze słońce zawsze usypiało mnie w autobusach i tramwajach, zawsze skutecznie motywowało i rozweselało, zawsze też rozbudzało ten jeden, głęboko zakorzeniony w moim umyśle... niepohamowany... wręcz pierwotny instynkt... czyli... GŁÓD BANIEK MYDLANYCH.
Moje prywatne wewnętrzne dziecko uwielbia bańki... na przystankach, na chodnikach, w pracy... Z radością wydaje ostatnie drobne z kieszeni (przeznaczone na wieczorne miodowe piwko w Paradoxie) na zieloną buteleczkę (z Puchatkiem), mając pełną świadomość faktu, że jeszcze tego samego dnia przecieknie gdzieś w torbie albo tejże samej kieszeni z której pochodziły nadżarte fundusze...
I tylko się wzruszy ramionami, bo co poradzić? Nie mam nad tym kontroli. Jest słońce? Martyn MUSI mieć bańki.
PACH! - szybka zmiana tematu...
Tego samego dnia, którego miał miejsce zakup baniek (w tymże samym wspomnianym wcześniej PX), moi kumple uznali, że pobiłam rekord zagracenia własnej torby. Jako, że nie mam w zwyczaju przepakowywać jej codziennie, noszę różne dziwne rzeczy aż przestanie się mieścić cokolwiek... i tym sposobem, szukając chusteczek i nie mogąc się do nich dostać, wypakowałam na stół: 20 m bawełnianej, grubej linki, dwie pary skórzanych rękawiczek, harcerską finkę (to wszystko po niedzielnym LARPie), dwie książki, masę papierków, kłębek kabli (jakąś ładowarkę, przedłużacz USB i cośtam) i - co przypieczętowało rekord- półlitrowy słoik konfitur od babci...
Oczywiście, zaraz posypały się żarciki, że mam tam pewnie jeszcze małego wystraszonego kultystę...
Żarty, żartami, pewnie wcale by ich to bardzo nie zdziwiło XD
I co jeszcze? Jeszcze dwa świetne nagrania mojej nowej muzycznej zachciewajki- Beirut: Nantes i Postcard from Italy. Klikać ! Słuchać ! Kto by uwierzył, że to Amerykanin O.O
Oh, God damn it... I mean- Allah damn it... Czemu ja zawsze zabieram sie za pisanie takich durnot o takich porach...?
Durny Martyn, DOBRANOC...
komentarze [3]
...szufelka pasji... >> wtorek, 29 stycznia 2008 23:33:03
Hasło na dziś: Pokaż mi swój śpiewnik, powiem Ci kim jesteś.
Jako osoba zmienna, niezdecydowana, niekonsekwentna, ale uparta i zawzięta, miałam w swoim harcersko-muzykującym życiu około... 10 śpiewników. A bo tamten już był stary, a bo ten zeszyt fajniejszy, a bo tam były głupie piosenki, ale ten to już na pewno, na pewno będę prowadziła do końca (blablabla...) i tak w koło Macieju. Zaczynałam kolejne zeszyty, przepisywałam stare piosenki, podkreślałam tytuły, wpisywałam akordy, zbierałam podpisy znajomych z obozów aż w końcu... TRACH! Skończyło się wraz z zakupem kolejnego zeszytu.
Najwyraźniej było mu przeznaczone być tym jedynym, długo też dojrzewał w szufladzie. Stusześćdziesięciokartkowy A-5, z urzekającą grubą okładką w tęczowe wełniane niteczki ułożone w poprzek. Te kilka miesięcy nie wpisywałam niczego, nie dotykałam nawet jego okładki, nie bazgrałam strony tytułowej, NIC.
Zaczęłam za to (wbrew poprzednim upodobaniom) zbierać masę świstków, do wklejania pomiędzy piosenki.
I właśnie tym dziwnym trafem teraz przeglądając go sobie od początku to te świstki nadają mu magii. Jest odrobinę tandetny pegaz z podręcznika do D&D, wizytówka Akademii Broni, jeden z moich ulubionych szkiców Banksy'ego, kawałek folii z paczki od papierosów z namazanym na niej markerem kotkiem autorstwa mojej koleżanki, dwie postaci z mang (akurat pasujące do piosenek), znaczek Anti-War przy "Arachii", duże zdjęcie mojego oka wykonane przez kumpla, kawałek tekstu z teledysku Matthew Gooda- Weapon, Roentgen'owskie zdjęcia ludzi w zabawnych pozach, czarno-białe pocztówki, kolorowe ilustracje- słonecznik z motylem, słoik dżemu i truskawki, rysunkowy pluszowy miś tańczący na stole, zdjęcia wycięte z artykułu o alterglobalistach (np. dziewczyna z warkoczykami, wstążkami, nosem klauna, masą kolorów na sobie puszcza bańki na tle muru czarnych policjantów z plexi-tarczami), jakieś nieznane zdjęcie Toma Tykwera na którym wygląda, jakby biegł w powietrzu nad taflą wody.
A do tego stos innych pierdół... i oczywiście drobnosteczki z Moich Bieszczad, jakieś bilety wstępu do Parku Narodowego, mapki, bilety z Bieszczadzkich Aniołów...
Losie. To ja tam siedzę między tymi kartkami... Jakieś żarciki w stylu nabytym w moim liceum, chwilowe zachwyty kilkoma słowami, szemrające, przesłonięte piórkiem, na łódce na oceanie, z latarenką na murze i z kalkowym duszkiem.
Nie sposób się nie uśmiechać. Chyba wszyscy mają takie swoje małe skarby, prawda? :)
To był dobry wieczór.
Z cytrynowym liptonem.
Z Pink Floyd'ami, Dark Side Of The Moon.
Eh, Życie, Życie, tak zwyczajnie i tak pięknie.
P.s Poszukuję pozytywnego, słonecznego szablonu, znudził się już Martyn tym co jest. Ktoś może mi coś polecić? Przekopuję od jakiegoś czasu szablonownie i nie mogę niczego namierzyć...
komentarze [7]
... coś mi się wydaje, że tym razem bez większego sensu ... >> sobota, 26 stycznia 2008 01:20:07
Polny za uchem mam kwiatek, duszy rogatej lżej...- zawsze lubiłam o sobie myśleć w ten sposób, bo...
... siedzi we mnie mini-harcerz. Przeliczyłam się myśląc kilka lat temu, że zdejmując mundur jego też stamtąd wyproszę. Figa.
Co jakiś czas szturcha mnie albo depcze sznurówki aż się zatrzymam, czymś zachwycę. Zwyczajnie- niebo, parkowe liście, misiowa czapa chłopaka na przystanku, okruszek koloru w szarym dniu.
Na mrozie przytupuje mi w środku do rytmu "kadryla" aż w końcu (jeśli mam z kim) sama zaczynam go pląsać.
"Nie zapomnisz nigdy już, tych lasów zielonych..."- nuci cichutko i w całej duszy mi gra jakaś obozowa melodia.
A po nocach śni mi się jezioro, ognisko i gitarowe akordy (dobry Boże, ależ już wyszłam z wprawy...).
Mini-harcerz rozkochał mnie w Bieszczadach... mini-harcerz ciągnie do czytania Mistrza Steda...
Ciągnie moją miejską skorupkę za miasto, za miasto, za miasto...
Wziął mnie dzisiaj -ten mój mini-harcerz- za łapkę, zaprowadził po gitarę, wręczył śpiewnik, nabazgrał ołówkiem akordy do kilku piosenek odrobinę niżej niż były, żeby przeziębiony alt mógł wyciągnąć i wio... skończyłam po trzech godzinach.
A palce bolą od metalowych strun po takiej gigantycznej przerwie (od wakacji minęło duuużo czasu, ZŁY leń).
Głupia- kręcę głową rozcierając opuszki lewej dłoni- będą odciski... Mam za swoje jak sie zachciało strun Yamahy...
Po chwili jednak pojawia się uśmiech. Zachciało się odchodzić a tak na dobrą sprawę ciągle się gdzieś tam w środku tym żyje... Z tymi ludźmi, najlepszymi jakich w życiu poznałam. I wyciąga się na trawie żeby w nocy pooglądać z nimi gwiazdy, potem podśmiewa z tych kilku osób, które zasnęły... Zasypiając z zapachem sosnowego lasu... I cykaniem świerszczy.
Solennie...
Ludzie, znowu się zasiedziałam... która to już godzina...
"Spać...
...spać, doskonale spać...
...być wiecznością..."
komentarze [5]
... krótka notka o dwóch takich co mi zburaczyli dzień... >> poniedziałek, 14 stycznia 2008 23:57:13
Nie jest wiele takich osób i sytuacji, które potrafią mnie całkowicie wyprowadzić z równowagi. Uważam się za cierpliwą osobę, swoje już wykrzyczałam, wytrzęsłam i wypieniłam, przeważnie więc jestem ponad rzeczy na które nie mam wpływu, etc. A tu proszę, dzisiaj dwóch FU-ludzi doprowadziło mnie prawie (prawie, bo łzy wystarczyły) do rzucania kubkami w kawiarni... Ale nie, kubków szkoda. Po prostu zmienię pracę. I tak już mi się zbierało...
Będzie mi brakowało tego klimatu, ludzi, stałych klientów, ale pouśmiechać się do ludzi mogę w każdej innej warszawskiej kawiarni, a nie dam się traktować jak mebel. Szczególnie, że dwóch FU-ludzi zostaje w mojej dotychczasowej kawiarni na dobre.
Do-wi-dze-nia.
...
Ależ mnie wkurzyli... cały dzień nie mogłam sie uspokoić...
A zadzwoniłam do mojego Szczęścia...
Kupiłam niebieską Alpen Gold... nawet ją zjadłam...
Wypiłam dwie dobre herbatki z wanilią...
Włączyłam ulubioną muzykę i zaczęłam pisać moje opowiadanko-nie-do-skończenia...
...
I dopiero wtedy z uśmiechem pod nosem stwierdziłam, że już mi przeszło i to ja ich zeżrę a nie oni mnie. Nie zdam się zatupać i psuć sobie humoru. Ta-dam.
I już ich nie ma...
Tacy malutcy.
komentarze [5]
... o metra warszawskiego urokach (nie)wątpliwych i mądrości do kanapek... >> wtorek, 8 stycznia 2008 02:43:47
Part one:
Warszawskie zabiegane, huczące, późne popołudnie.
Około dziewiętnastej.
Wiecznie głośne metro, wagon przedostatni, niemal pusty.
Czytam sobie (jak zawsze w metrze, bo chyba tylko do tego się nadaje to moje codzienne "w-tę-i-we-wtę") niewątpliwie wciągającą notkę z okładki świątecznej książki ("Traktat o łuskaniu fasoli"^.^), w ręku torba z nowymi nabytkami z Merlina...
...
Monotonne stukotanie jazdy przerywa dziki wizg płaczu. Zerknięcie w lewo, zaledwie 4-5 siedzeń dalej rozpuszczone dziecię, a jakże... Chciał się rozebrać, matka powiedziała- nie rozbieraj się. I tak rozpętała kolejną wojnę matko-bachorzą.
...
Rzuca się to-to, wyrywa, matka próbuje uspokoić, to zaczyna ją bić. Uderza raz (czteroletnia łapka ląduje na maminej nodze), drugi (łup, gdzieś na oślep), trzeci (trafia w twarz)... Matka zrywa się, łapie bachora za rękę, niemal podnosi w powietrze za nadgarstek i sprzedaje mu z pięć energicznych przyłożeń w tyłek.
Aha. Tamto to nie był dziki wizg. TO jest dopiero dziki wizg... A uwierzcie mi, jeżeli cały wagon warszawskiego metra na raz podnosi głowy znad książek, gazet i wybudza się z drzemki, to musi być COŚ.
...
A owe COŚ wyje. Widać, że rodowity Warszawiak... najprawdopodobniej mieszkający gdzieś koło szpitala na Banacha- bo z dźwiękiem syreny ambulansu opanowanym do perfekcji godnej rekordu Guinnessa.
Z czystą złośliwością myślę sobie- Jak sobie rozpuścisz, tak się wyśpisz... faaajnie mieć coś takiego w domu...
...
Ale najfajniejszy jest ojciec. Nic nie mówił, nie reagował a jak dzieciak po kilku minutach płaczu padł na siedzenie koło niego, wyciągnął z kieszeni pudełko tic-tac'ów, zagrzechotał i wziął już uspokojonego dzieciaka na kolano.
Chwilę później wiedzieliśmy już wszyscy co gryzie mamusię. Wykrzyczała mu to przez szerokość przejścia...
Tatuś Muminka ze stoickim spokojem wytłumaczył Mamusi Muminka, że to dlatego, że mały jest zmęczony.
... Byłam pewna, że kilka osób dookoła- łącznie ze mną- uśmiechnęło się ni to smutno ni płaczliwie.
Part two:
Wychodzące ósemki są ZŁE, autentycznie ZŁE... a dziąsła, które te ósemki przebijają BOLĄ... a policzki PUCHNĄ... a jeżeli chce się to schłodzić, zaczynają boleć wszystkie inne zęby dookoła, bo oczywiście są nadwrażliwe...
...
Dobry Boże! Cieszcie sie swoimi głupimi zębami póki możecie! Upgrade do wersji "mądrości" sprowadzi na Was piekielne męki...
...
A tymczasem najlepszym daniem stała sie gotowana marchewka... (da się ją "pogryźć" językiem o podniebienie).
Potupię sobie ze złości nogami.
Tup, tup.
komentarze [2]
... o wieczornych telefonach ... >> sobota, 5 stycznia 2008 01:08:12
Nazwijmy to wieczornym dryń-dryń:
- "Weź mi opisz to nasze mieszkanko, wyobrażę sobie"
(byłam dzisiaj w spółdzielni, załatwiłam papierki, mam własne mieszkanie na przyszłość^^)
- "Na wprost od wejścia jest pokój, na prawo łazienka. Spora, większa od mojej... na lewo możesz wejść do widnej kuchni i dużego pokoju. W sumie obydwa się duże... Musiałabym Ci narysować..."
- "Nie, nie trzeba, już to widzę. Coś nam tam chyba zamruczało w tym salonie"
(wymarzyliśmy sobie dwa Maine Coony, jednego rudego żeby nazwać go "Bigos" i drugiego najchętniej czarnego, coś w deseń "Behemota" //ale tego z "Mistrza i Małgorzaty"//)
- "Ale czy to co zamruczało jest rude?"
- "Nie wiem. Skąd mam wiedzieć, jestem w przedpokoju, przecież dopiero wszedłem, zdejmuję płaszcz"
- "Ale zaraz, czemu zamruczało tylko jedno, gdzie drugie?"
- "Pewnie śpi"
- "Pewnie na moich kolanach"
...
- "Wiesz co, kiedy tak o tym myślę, wydaje się być jeszcze bardzo daleko... ale z drugiej strony, nie widzę żadnego powodu dla którego miałoby się nie spełnić..."
- "Ja też... Nie widzę u nas tych wszystkich problemów moich znajomych..."
(nie widzę rozstań, nie widzę znużenia, nie widzę wypalenia, nie widzę kłótni, rozwodów, nie widzę cichych domowych horrorów, nie widzę alkoholu... ale moja mama chyba też nie widziała... w oczach stają mi łzy a w głowie absolutne przekonanie, że z nami będzie inaczej)
- "No... i tak nam się właśnie żyje... solennie"
- "Tak..."
- "Chciałem Ci jeszcze powiedzieć, że jutro też będzie dzień..."
(tak, to był straszny dzień... humor plątał mi się gdzieś na wysokości kostek... z kacem moralnym non-stop, Paweł zaś należy do tych empatycznych stworzonek, które nawet jeśli nie skomentują niczego przy znajomych, zadzwonią się wypytać... a nawet gdy mój problem przerośnie zwykłą telefoniczną rozmowę, prześlą tyle ciepełka, że muszę zmienić ucho przy którym trzymam słuchawkę)
- "No wiem... jutro będzie lepiej."
- "... No właśnie, z resztą chyba Tobie nie muszę tego mówić."
(z uporem maniaka staram się zaczynać każdy dzień jak pierwszy dzień nowego życia... i Paweł to rozumie... solennie... to takie ładne słowo... pożyczone i wdrożone do częstszego użytku od Mistrza Stachury)
Słodko-gorzko płynął ten dzisiejszy leniwy czas... wystawiając moje szarpnięte w kilku miejscach emocje na próbę... Mimo wszystko obdarzając kilku amatorów kawy z mojej kawiarni szerokim uśmiechem. Ludzie są naprawdę niesamowici. Myśli są zaś naprawdę lekkie, pływają gdzieś pod sufitem, herbatka słodka, cytrynowa, jak na cytrynowego liptona przystało. Pies śpi z pyskiem na moim udzie. No i jak ja wstanę z tej podłogi, żeby jej nie budzić? Ślicznie tak wygląda, skubana.
I taka cisza w pokoju. Tak, jutro będzie lepiej.
Dobranoc, zanim chwila pryśnie...
komentarze [1]
...o jeżeniu, zaśnieżeniu i suszonych pomarańczach... >> niedziela, 16 grudnia 2007 19:06:03
Z białym pisakiem do szyb spędzam przed naszą kawiarnianą lodówką- na buły, lasagne i inne takie- dobre pół godziny. Domki, choinki, śnieg i elf Świętego Mikołaja trzymający wielki kubek "Wayne's Coffee" z parującą kawką.
- Zobacz, zobacz jaką mamy fajową dekorację na szybie.
- Co to jest to tutaj? - pyta Maciek.
- Jak to co?! To elf Świętego Mikołaja! Nawet ma zakręcone czubki butów! i szpiczaste uszy!
- Eeetam... ja tam nie widzę elfa...
Jakbym miała futro to bym się zjeżyła.... taki ładny był elf (myślicie, że jeże lubią Święta?).
Należę do tego ginącego gatunku bezsprzecznie uwielbiającego święta, ŚWIĘTA GŁUPCZE! (nie lubisz świąt? wkurzają? klik!)
W tym roku znowu spędzę godziny na robieniu kartek, malowaniu prezentowych bombek i dłubaniu przy pudełeczkach z origami. Znowu opuszki palców będą bolały od nabijania pomarańczy goździkami, ale bez tego święta sie nie liczą ^^ W całym domu już pachnie (przynajmniej zagłuszyło to trochę smród farby ze ścian mojego pokoju).
Jako, że siedzę dziś cały dzień w pracy (a w niedziele dzieje się tu jedno wielkie nic) zajęłam sie wycinaniem elementów do kartek, dziurkowaniem kartoników, klejeniem, kręceniem nosem, odrywaniem, przeklejaniem, malowaniem i wszystkim innym co z papierem związane. Doprowadzają mnie do pasji, rzucam, odchodzę tupiąc a pięć minut później znów siedzę z uśmiechem głupa i kleję choinki... Kleję tym chętniej, że podobno mi to nieźle wychodzi a komuś kto taką kartkę dostanie sprawi to jeszcze więcej przyjemności. U-WIEL-BIAM RO-BIĆ PRE-ZEN-TY (i całe do owych prezentów oporządzenie) =^.^=
- Chce ci sie takie "zaangażowane kartki" ciułać?
- Oczywiście.
Ale Michał raczej tego nie zrozumie. Jako jedyny zgłosił się do pracy w Wigilię...
I jeszcze tylko czekam na śnieg.
Śnieg, gdzie jesteś? Obiecałeś wpaść na święta! Bo po Ciebie pójdę, liczę do trzech !!!
"Zima na ramiona moje spadła,
Niewinnością, białym śniegiem,
Pierwsza gwiazdka już na niebie...
Nie ma, nie ma Ciebie
Ogień tańczyć zaczął już w kominie,
A choinka się zieleni.
Serca ludziom opromieni
Moje w kamień zmieni..."
- jak co roku w grudniu nachodzi mnie na kilka piosenek ze wspólnej płyty Kayah & Bregovic i na twórczość samego pana Gorana (kawałek geniuszu- polecam wysłuchać w całości...)
I jeszcze... tak przyszło mi na myśl, że... to będą pierwsze wspólne święta... szczęście o zapachu cynamonu, piernika i goździkowych pomarańczy...
Aż w duszy gra...
Najcudowniejszych Świąt, Kochani!!
komentarze [1]
|
zostawione:
czytaj # dopisz
przedawnione:
2007 kwiecień (6) maj (2) czerwiec (2) lipiec (2) sierpien (1) listopad (1) grudzień (1)
2008 styczeń (5) luty (1) marzec (2) kwiecień (2) czerwiec (1) wrzesień (1) listopad (1)
2009 styczeń (1)
chcesz wrócić?
Dodaj do ulubionych
żywiołek:
O mnie
ulubione:
          przylepione:
...art... Fall-again deviantART Len-yan deviantART Larafairie deviantART Banksy Basket deviantART Ragnar Axelsson Beksiński Wojtala
...kultowe... Monty Python WHEE!! Przeminęło z bombami
...WAŻNE... Amnesty International Antiwar.com
...muzyka... KzWW Rirliel SDM Yerba Mater Maćko Korba Żywiołak Ogrody Alamut Matthew Good =D ale wciąż tak mało znany...
|